Quo Vadis „Quo Vadis”, czyli historia jednego albumu | NEWSY

Quo Vadis „Quo Vadis”, czyli historia jednego albumu

Jak już wspominałem w mediach społecznościowych od pewnego czasu przymierzałem się do cyklu, który nazwałem „historia jednego albumu”. Niejednokrotnie, jako fan muzyki metalowej i nie tylko ciekaw byłem jak powstają tak wspaniałe kompozycje, teksty, które towarzyszą mi po dzień dzisiejszy, nie nudzą się, a wręcz przeciwnie co jakiś czas, kolejny odsłuch odkrywam coś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Interesuje mnie geneza powstawania albumów, które miały na mnie ogromny wpływ na początku fascynacji muzyką metalową. Taka opowieść w formie wywiadu, ale skupiona wokół jednego, wybranego albumu, wydawnictwa, które obecnie zyskuje miano legendarnego, kultowego, ponadczasowego dzieła. Jakiś czas temu obiecałem sobie, że w sprawie takich perełek pełnych wspomnień będę wracał i starał się dotrzeć do ich autorów.
Jednym z takich albumów jest z pewnością pierwszy pełnowymiarowy album zespołu Quo Vadis zatytułowany „Quo Vadis”. To wydawnictwo posiada dodatkową wartość, ponieważ ukazało się w dwóch językach polskim i angielskim.
O historię albumu „Quo Vadis” zespołu Quo Vadis zapytałem Tomasza „Skaya” Skuzę, lidera, wokalistę i basistę tejże formacji.
Zanim jednak przejdziemy do rozmowy kilka zdań jak to wydawnictwo znalazło się w moim życiu…
Ja spotkałem się z tym albumem dość przypadkowo. Kasetę z anglojęzyczną wersją kupił kolega, który (jak to było kiedyś w zwyczaju) na zasadzie „słuchałeś tego?” pożyczył mi ją… zanim jednak to się stało, pierwszy odsłuch pamiętam z jego domu na radiomagnetofonie „Wilga”. Jakież to było szaleństwo. Co tam się działo. Wówczas zafascynowany Metalliką czy Iron Maiden nie sięgałem po cięższe klimaty. Pamiętam jak dziś, gdy po odsłuchaniu „KGB” spoglądając na siebie, zgodnie stwierdziliśmy „death metal”. O dziwo na polskojęzyczną wersję trafiłem dużo później. Niemniej jednak fascynacja była ogromna. Pamiętam te rozmowy, w których wymieniając zespoły deathmetalowe zaczynało się od „Quo Vadis”. Przyznaję, że do tej pory na myśl o polskim death metalu moje skojarzenia idą w stronę Quo Vadis i Vadera, którego poznałem nieco później. Oczywiście kasetę od kolegi przegrałem i słuchałem jej namiętnie z takiej kopii kilka lat. Oryginały nabyłem nieco później. Natomiast wersję CD i na winylu kupiłem 30 lat po premierze, czyli ostatnie. Dla mnie jest to kultowy album. Album, uwielbiam w całości. Album, którego teksty mnie poruszają i zachwycają, a kompozycje powodują ciarki na plecach.

„Quo Vadis” – to pierwszy album szczecińskiej formacji Quo Vadis. Wydawnictwo ukazało się w 1991 r. nakładem Baron Records i Dywizja Kot, zarejestrowany w Studio ARP.

Wersja polskojęzyczna

1. „NKWD”
2. „MONofobia”
3. „Wegetacja”
4. „... Albo nie być”
5. „Kocham Cię kochanie moje”
6. „Trzy szósteczki”
7. „Czerwone prawo”
8. „Ból istnienia”
9. „Quo Vadis”

Wersja anglojęzyczna
1. „KGB”
2. „Armyphoby”
3. „Vegetation”
4. „...Or Not to Be”
5. „Kocham Cię Kochanie Moje” (Maanam Cover)
6. „Three Little Sixes”
7. „Red Justice”
8. „Pain of Existence”
9. „Quo Vadis”

Zarejestrowany w składzie:
• Tomasz „SKAYA” Skuza – gitara basowa, wokal
• Mariusz „Bączek” Bączkiewicz – gitara
• Jacek „Dżek” Gnieciecki – gitara
• Wojciech „Słaby” Słabicki – perkusja

Podczas pracy nad tym wywiadem, Tomek zrobił mi niespodziankę, która zainspirowała mnie do poszerzenia pola swojego działania, ale o tym później, najpierw sprawdźmy jak powstał ten legendarny album…

Stary Metalowiec:
Tomasz, dzięki, że zgodziłeś się porozmawiać. W świetle ostatnich wydarzeń na początek jestem zobowiązany zapytać jak Twoje zdrówko? Wszystko już w porządku?

Tomasz „Skaya” Skuza:
Tak, dziękuję, wszystko już w porządku. Przeżyłem covidową sytuację, jak tam kiedyś wspominałem, no to zaatakował mi gardło, zdaje się, że to był jeden z pierwszych przypadków tej brytyjskiej mutacji, no ale jestem już ozdrowieńcem, już raz oddałem osocze, teraz idę następny raz za dwa dni, także OK.

Stary Metalowiec:
No to „idziemy”. Dokąd? Do początków…
Kilkakrotnie próbowałem ustalić, która wersja była pierwsza? polskojęzyczna czy anglojęzyczna?
W internecie pojawiają się różne informacje a nawet spory na ten temat. Jak to było? Wersja polska, angielska, a może wyszły tego samego dnia?

Skaya:
Oczywiście nie wyszły tego samego dnia. Wyglądało to w ten sposób: winyl wydawaliśmy własnym sumptem i kosztowało to nas dużo pracy, ale że wówczas winyl (jako nośnik - przypis) chylił się ku końcowi, a bardziej prestiżowym wydawnictwem było CD, natomiast taką najbardziej popularną formą były kasety, o których wspomniałeś, że miałeś i też taką przegrywkę. Gdy postanowiliśmy wydać naszą kasetę, którą również wydaliśmy najpierw sami. Mieliśmy taką koncepcję, żeby uhonorować tych, którzy kupili winyl i nas wsparli w takim trudnym dla nas momencie. Postanowiliśmy, że winyl zostanie po polsku a kaseta to będzie po angielsku. Dograliśmy wokale po angielsku jeszcze raz do tej wersji, dlatego na kasecie się ukazało po angielsku (…)To była szara, tudzież w zamyśle była to czarna okładka ze złotym napisem (…), czyli pierwsza była wersja polska, a dopiero potem dlatego angielska.

Stary Metalowiec:
Pamiętasz dokładny dzień premiery/premier?

Skaya:
(śmiech) K… nie mam pojęcia. Zupełnie nie pamiętam. Wydaje mi się, że nagrywaliśmy tą płytę jakoś w zimie (…) ale gdy wydawaliśmy już ten winyl to było lato, czyli premiera musiała być już w miesiącach letnich (…).

Stary Metalowiec:
Rok 1991 miał już za sobą socjalistyczną rzeczywistość, ale pierwsze kompozycje powstały jeszcze w ubiegłym ustroju. Nosiłeś teksty do ocenzurowania?

Skaya:
Wiesz co, jakoś tak weszliśmy w ten temat, że nie nosiliśmy tekstów do ocenzurowania, być może dlatego, że oficjalnie nie były wydawane nasze te pierwsze płyty, czy pierwsze demówki. Pierwsze demo powstało jakoś na jesień 1988 r. a to była końcówka tego ustroju, no ale… utwór który promował nosił tytuł „Rzeźnik” i oczywiście był o Stalinie. Nawet gdy telewizja polska kręciła teledysk, to również wybrali utwór „Rzeźnik”. Klip był puszczany w paśmie takim śniadaniowym, czyli w godzina pomiędzy 10.00 a 12.00, a program się chyba nazywał „Stare, nowe, najnowsze”. Tam miała miejsce właśnie premiera tego numeru. Podsumowując… nie nosiłem tekstów do ocenzurowania.

Stary Metalowiec:
Jako, że i ja padłem ofiarą ubiegłego systemu, który wymusił na mnie naukę jedynie języka rosyjskiego, to pozwolisz, że skupię się na tekstach w naszym języku, choć według mojego rozeznania teksty zawierają kosmetyczne zmiany, ale ich sensowność i przesłanie zostały zachowane. Prawda?

Skaya:
Tak. Oczywiście. Teksty były tłumaczone, ale trzeba pamiętać, że jeżeli chodzi o śpiewanie, to muszą się zgadzać sylaby, albo przynajmniej musi to być jakaś zbliżona historia, stąd też nigdy teksty nie są przetłumaczone jeden do jednego. To nie jest tłumaczenie, to jest przełożenie na język angielski do śpiewania.

Stary Metalowiec:
No właśnie… przesłanie. Quo Vadis nigdy nie miał banalnych tekstów. Każdy kawałek, zarówno na pierwszym albumie jak i późniejszych jest „o czymś”. Zauważyłem, że często to są obserwacje otaczającego świata, sprawy, które Was/Ciebie nurtują. Na pierwszym albumie jest sporo odniesień do wspominanego już PRLu, m.in. „NKWD” (ang. „KGB”), „MONofobia” (ang. „Armyphoby”), „Czerwone prawo” (ang. „Red Justice”) lubisz komentować sytuację polityczną? O tym, że coś w tym jest przekonujemy się przy okazji drugiego studyjnego albumu „Politics”, ale jak to było przy „jedyneczce”?

Skaya:
Ok. Zanim się wypowiem, to chciałem tutaj zwrócić uwagę, że teksty na pierwszej płycie pisał Mariusz „Bączek” Bączkiewicz czyli założyciel Quo Vadis. To są jakby jego przemyślenia, z którymi się oczywiście, w większości jak najbardziej się zgadzam. Zresztą one są w jakiś sposób ponadczasowe. Nawet dzisiaj, jeżeli śpiewam któryś z tych numerów powiedzmy „NKWD”, Ból Istnienia” no to jakby one cały czas nie tracą na swojej aktualności, co jest oczywiście trudne, jeżeli się w tekstach komentuje jakby bieżącą sytuację polityczną, społeczną, bo można się narazić na pewną, może nie tyle śmieszność, ale na pewne niezrozumienie po latach. Zresztą wywołałeś tutaj taki utwór jak „Monofobia”, to to weź teraz zapytaj osiemnastolatków, „o co chodzi w utworze „Monofobia”?”, więc to, wiesz… to jest jak jakiś tam science fiction, także to równie dobrze mógłby być to tekst Stanisława Lema o tym jak człowiek unikał wojska. W późniejszych tekstach starałem się (w miarę, oczywiście nie zawsze mi się to udaje) pisać w taki sposób właśnie, żeby były one bardziej uniwersalne, żeby nie odnosiły się do konkretnego zdarzenia, bo po pięciu latach może się okazać, że tych zdarzeń było sto… większych, ważniejszych, dlatego nie warto tak się zawężać do jednego wydarzenia.

Stary Metalowiec:
Z kolei "Wegetacja" (ang. „Vegetation”), "... Albo nie być" (ang. „...Or Not to Be”), „Ból istnienia” (ang. „Pain of Existence”) to teksty egzystencjalne, ale też skupione na ówczesnym „tu i teraz”, które mimo upływu lat nadal są aktualne. Z czego to wynika?

Skaya:
A no właśnie widzisz… (śmiech). To wynika ze szczerości. Jeżeli się nie napinasz, czy nie wymyślasz czegoś na siłę, tylko piszesz to z serducha i z tego, jak w owym czasie to czujesz (mówię tutaj potem o sobie, ale i w imieniu Bączka się wypowiem), wówczas ten tekst jest naturalny, szczery i pewnie ponadczasowy. Młodzi ludzie borykają się z podobnymi przemyśleniami i bez względu na lata, w których żyją… czy to są osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte czy dwa tysiące dwudzieste, to myślę, że młodzi ludzie też z podobnymi sytuacjami się stykają, że ich rzeczywistość jest szara i tak naprawdę ten „piwa smak” niekiedy im go osładza (…).

Stary Metalowiec:
A „Trzy Szósteczki” (ang. „666”) – czy już wtedy byłeś znudzony tą taką metalową skłonnością do satanistycznych odniesień? Bo tekst jest przekorny.

Skaya:
Tak. Wiesz co… my w zasadzie od samego początku mamy do tematów religijno-satanistyczno-okultystycznych dystans (…) i nawet wśród kolegów z innych zespołów nie metalowych w Szczecinie no to lataliśmy na ksywie „Szatan Boys” i bardzo mi się podobało określenie. (…)
Wtedy było już dużo tak zwanego pozerstwa, czyli tych, którzy się obnosili się z takimi symbolami, w to wierzyli i traktowali to na poważnie, a także tacy, którzy mieli „płetwę” z tyłu (zostawione włosy – Ty chyba wiesz o co chodzi..?), a przy okazji sobie walili na spodniach odwrócony krzyż. To właśnie był taki tekst, który generalnie pokazywał nasze prawdziwe podejście…, że wiesz: „nie ma takiego numeru” i (…) „człowieku puknij się w głowę”, czy ten cytat „Black Magic”, wydaje mi się, że jako pierwsi zacytowaliśmy „coś” w swoim utworze i też jestem z tego dumny… (śmiech)

Stary Metalowiec:
No właśnie… „Quo Vadis” (z łac. dokąd idziesz). Album zamyka pytanie, nazwa zespołu, ale także chyba taki zespołowy cel, który sobie postawiliście, czyli poszukiwanie odpowiedzi na pytanie „dokąd zmierzamy?”. Dobrze to czytam?

Skaya:
No widzisz, jak ja teraz wszystko tutaj wyłożę, no to odrę (…) z tej tajemnicy, ale… faktycznie chodzi o to, że nazwa „Dokąd Idziesz”. To pytanie jest dosyć uniwersalne, dlatego zdecydowaliśmy się na tą nazwę właśnie przez ten uniwersalizm, czyli to dokąd idzie, dokąd zmierza świat, dokąd zmierza człowiek, dokąd Ty zmierzasz, wiesz w swoich myślach gdzieś, jaka jest Twoja droga, czego szukasz? To jest tak, że możesz to odnieść w skali makro, czyli dokąd zmierza świat, żeby zaraz to pierdolnąć i żebyśmy się sami unicestwili, czy właśnie w takim jednostkowym odbiorze.

Stary Metalowiec:
Album „Quo Vadis” to także mnóstwo dowcipnych smaczków od hymnu ZSRR, przez wstępy, zakończenia utworów, aż po cover Maanamu. Uważam, że to świetny zabieg, który kontrastuje z powagą tekstów nadając całości satyryczny wydźwięk. Ten oddech, który dajecie słuchaczowi świadczy o dystansie, ale także powoduje, że można Was słuchać bez końca. Ja uwielbiam taką „zabawę” formą. Nie da się ukryć, że często to stosujecie. To był zamysł, czy pojawiło się spontanicznie?

Skaya:
Wiesz co…? Kopalnią takich wszystkich dziwnych zagrywek „z przymrużeniem oka” był Wojtek „Słaby” Słabicki, czyli nasz perkusista (…), czy to cover Maanamu z pomysłem, żeby zrobić go w taki przewrotny sposób… przecież to jest piękny, wolny utwór, a my go gramy w wersji deathowej. Potem wpadliśmy, żeby zrobić z tego ala koncertowy utwór, no i oczywiście… (więc tutaj teraz odzieram z tajemnic tą płytę, ale ten cykl zobowiązuje tej „Historii jednej płyty”) oczywiście to nie jest z koncertu, tylko jest tak specjalnie pobrudzony, trochę „rozkręcone gałkami to brzmienie”, żeby było bardziej takie nie okiełznane, koncertowe… no i to towarzystwo podłożone zdaje się, że z koncertu ZZ Top, ale sprawdziło nam się świetnie i zresztą do dzisiaj to jest też numer, który dosyć często gramy. Natomiast co do pozostałych, to właśnie też Wojtek wymyślił m.in cytat „Black Magic”, który (jak już wspomniałem) uważam, tak też nieskromnie za genialny. W ogóle, to był strzał absolutnie w dychę. Teraz gramy trochę wydłużony, czyli nie jest tego jedna linijka, tylko dłuższy fragment włącznie z przebiciami. Kiedyś w ogóle łączyliśmy te dwa numery, czyli graliśmy cover „Black Magic” Slayera i łączyliśmy go z „Szósteczkami”. Zaczynaliśmy od „Trzech Szósteczek”, dochodziliśmy do tego momentu i już od tego momentu leciał „Black Magic”(…). Ponadto, to oczywiście „Godzina Piąta” z „MONofobią” nam się kojarzyła. Hymn… hymn sam w sobie, melodia, wykonanie (…) jest zajebisty, tylko wiadomo, że nam kojarzy się pejoratywnie. Ta wersja, która jest na płycie (niedawno się dowiedziałem o tym) jest komunistyczna, bo w dzisiejszych czasach jest zmieniony tekst.

Stary Metalowiec:
Maanam i „Kocham Cię Kochanie Moje” – ja się zakochałem w tym coverze od pierwszego usłyszenia. Dlaczego akurat ten utwór?

Skaya:
No tak… (śmiech) … coś przeskakuję z tymi pytaniami, ale dobra… dlaczego ten? Właśnie, żeby było przewrotnie… Sztuką jest zagrać metalowy cover, ale siła jest w tym, żeby zrobić niemetalowy w metalowej wersji, o którą my się pokusiliśmy.

Stary Metalowiec:
Muzyka Quo Vadis, klasyfikowana jest różnie death metal, thrash metal. Ja szukałbym miejsca gdzieś pomiędzy. Jakie było wówczas Wasze założenie?

Skaya:
Widzisz… wiesz co… my nic nie zakładaliśmy, bardzo często mówiliśmy, że my gramy muzykę „czadową”, żeby właśnie było bez tej szuflady. Pomiędzy był metal, heavy metal, potem był speed metal, ta mocniejsza wersja jako thrash metal. Irytowała mnie wtedy taka szuflada thrashmetalowa, więc dlatego zawsze wspominaliśmy, że gramy muzykę „czadową”, właśnie tego „szatanrocka”. Teraz jakby tak patrzeć z perspektywy, to chyba najbliżej nam jest do tego thrashu, choć ten taki „darty” wokal, to taki thrash/death.

Stary Metalowiec:
Według mnie Wasze kompozycje mają wszystko co lubię w muzyce metalowej. Dynamiczne mocne granie, świetne solówki, charakterystyczny wokal i swoiste brzmienie. Jak wówczas tworzyliście? Jak powstawała muzyka na pierwszy album?

Skaya:
To było tak, większość pomysłów to wiadomo, że robił najstarszy – Bączek (…). Bączek był pięć lat ode mnie starszy (23 lata – generalnie zbyt starzy to nie byliśmy). To On był takim naszym „mózgiem” i przynosił wszystkie tematy na próbę, gdzie wspólnie aranżowaliśmy i to tak nawet niemalże od zera. Teraz na przykład jak robimy numery, to wiesz… ja przynoszę numer, który mam już przemyślany od początku do końca a ewentualne jakieś ruchy, to jest kosmetyka, natomiast cały szkielet jest gotowy. Wówczas było na zasadzie, że był riff, jeden, drugi trzeci i z tych riffów mieszaliśmy. Do tego dodawał Wojtek jakieś swoje tajemne przejścia, przebicia, odwrócony rytm (…). Jak na tamte czasy zrobiliśmy dosyć skomplikowaną płytę, zresztą na dzisiejsze też, co przerabiamy… gdy zechcemy sobie odświeżyć stary numer i mówimy „to chodźcie zagramy sobie ten”, tylko, żeby zagrać „ten” to kusimy się najpierw k… dwa miesiące przygotowywać, żeby sobie przypomnieć co tam było (…).

Stary Metalowiec:
Praca nad albumem, to także mnóstwo sytuacji stresujących, zabawnych itp. Jak wspominasz pracę nad pierwszym LP?

Skaya:
(…) Pierwsze i drugie demo, to nagrywaliśmy na magnetofony jednośladowe, czyli odbywało się to w ten sposób, że graliśmy wszyscy „na setkę”, cały numer graliśmy we trójkę (…), następnie z tego magnetofonu robiliśmy „Play” i nagrywaliśmy na drugi magnetofon i jednocześnie Bączek dogrywał solówkę, a ja nagrywałem wokal, czyli podkład się przegrywał a my do tego dokładaliśmy solo i wokal. Nie muszę Ci mówić, że ja musiałem zaśpiewać od początku do końca, a Bączek nie mógł się pierdolnąć w solówce. Jeżeli on dobrze zagrał solówkę, a ja coś zjebałem, to trzeba było od nowa nagrywać… i to było stresujące.
Potem jak nagrywaliśmy już tę płytę to był już ośmiośladowy magnetofon (śmiech), to już było szaleństwo. (Kurwa jak sobie pomyślę osiem śladów, to ja dzisiaj wokale nagrywam na ośmiu, czy tam nawet na większej liczbie, nie mówię, że bębny na dużo więcej śladów się nagrywa, bo tam na dwa trzy mikrofony się nagrywa każdy bęben… to jakiś kosmos, nie wyobrażam sobie jak to było możliwe, żeby na ośmioślad można było nagrać… w sumie taką dosyć skomplikowaną muzykę, no ale faktycznie tak było. Już nie pamiętam co i jak na co tam było nagrywane, ale zabawy z tym było). Z takich zabawnych sytuacji to pamiętam i czasami wspominam… Wojtek Słabicki, mistrz od niekonwencjonalnych zagrywek… była taka scena, szukaliśmy brzmienia (umówmy się z perspektywy czasu jak słuchamy, no to brzmienie gitar jest jak komary w puszce… wtedy był to max, który można było wyciągnąć z tego studia)…, ale nas to też w jakiś sposób stresowało, bo wiesz jesteś osłuchany takimi płytami, które brzmią na owe czasy, że urywa dupę jak na przykład „Bonded By Blood” – Exodus, pamiętam tam gitary tak brzmiały, że po prostu byliśmy zakochani w tej płycie i w tym brzmieniu (…) a tutaj nie możesz tego przeskoczyć… W każdym razie płyta jest już nagrana, pracujemy nad brzmieniem, oczywiście wyciągamy, czyli klasycznie kręcimy z „gówna bat”, a to cały czas nie brzmi… oczywiście realizator jest na nas wkurwiony, bo to się przeciąga, a my cały czas, że to nie tak…, w pewnym momencie on już sam nie wie co ma zrobić, pyta „co chcecie, więcej środka, więcej dołu, góry” i taka gadka… Wszyscy siedzimy tacy już z wiedzą, że doszliśmy do ściany. Zmęczony realizator, a wtedy wyskakuje Wojtek (śmiech) z podpowiedzią „Wiesz co? Słuchaj Majówa, a może ja Ci coś powiem, bo teraz to brzmi jak teatr telewizji, a weź Ty zrób z tego film fabularny.” No i oczywiście nie muszę wspominać, że gościu się tak na nas wkurwił, że wstał, wyszedł, pierdyknął drzwiami. Musiał pochodzić, pospacerować na mrozie, zajarać szluga… wrócił no i grzebaliśmy dalej.
Z pierwszej płyty, to ja zapamiętałem taką anegdotę.

Stary Metalowiec:
A może masz jakąś ciekawostkę, anegdotę, która jest związana bezpośrednio z tym albumem, ale jak dotąd nie było okazji się nią podzielić?

Skaya:
(śmiech) To myślę, że możemy zaliczyć tę (powyższą) moją anegdotę.

Stary Metalowiec:
Na kompilacji z okazji trzydziestolecia zespołu ukazały się jeszcze raz nagrane utwory pochodzące z tych albumów (polsko i anglojęzycznego) m.in. „KGB”, „666” „Pain of Existence”, czyżby to zwiastowało tego typu wydawnictwo? Wznowienia już mamy.
(Jeżeli tak, to) w jakiej formie zostanie wydane?

Skaya:
Nie. Geneza była taka, że nagrywając płytę „Infernal Chaos” w Hertzu nagraliśmy pięć numerów (bo to była płyta po angielsku) w wersji polskojęzycznej. Pomyśleliśmy sobie w ten sposób, że po prostu nagramy pięć starych numerów, właśnie tych szlagierów z pierwszej płyty i wydamy taką hybrydę czyli, że nowe ze starym i żeby posłuchać jak te numery brzmią w wersji współcześnie nagranej, nie właśnie te „komary w puszce”, tylko „fajna gitara” i, że to tak byśmy połączyli, ale potem się okazało, że te utwory z „Infernal Chaos” były w Hertzu nagrywane (czyli w zajebistym studio – naszym ulubionym), a te drugie w szczecińskich kombinowane i była różnica jakościowa, że nie szło tego pogodzić, stąd też zdecydowaliśmy się, że nie wydamy tego, ale, żeby się nie zmarnowało w szufladzie, bo leżało, gdy przyszedł czas na wydanie płyty z okazji trzydziestolecia, to pomyśleliśmy sobie, że to jest takie wydawnictwo, na którym jak najbardziej na miejscu będzie dać taką „wisienkę” w postaci minimalnie innych, uwspółcześnionych utworów.
Natomiast nie mamy w planie nagrywać całej płyty ale, przyznam się szczerze, że miałem przez moment (przed koronawirusem) taki pomysł. Będzie wznawiana ta płyta na winylu i Old Temple na CD, a i przecież Chińczycy wydali w wersji CD, to pomyślałem sobie, że jakby prosi się…, przy okazji jubileusz z okazji trzydziestolecia od ukazania się tego albumu. Fajnie byłoby zagrać trasę, gdzie byłaby grana w całości pierwsza płyta plus świeższe numery. No ale cały misterny plan poszedł w przysłowiowe „piz…”, bo „korona” nas uziemił i nic nie zapowiada, żeby się rozmroziło w tym roku, wiec na razie będziemy się skupiali na nowym materiale.

Stary Metalowiec:
Tradycyjne pytanie na zakończenie. Chodzi mi o pierwszy kontakt z muzyką rockową, metalową… inspiracje… co spowodowało, że wybrałeś taką właśnie drogę?

Skaya:
Moja kuzynka, która jest ode mnie parę lat starsza no i ja jako tam taki młodzieniec typu „szósta klasa” (bo to się właśnie zaczęło od szóstej klasy u mnie). Byłem u niej, a ona puszczała mi fajną muzę. Pierwszy utwór metalowy, który słyszałem, który w ogóle jakby ukierunkował moją tą drogę, to był utwór „The Sign of the Southern Cross” Black Sabbath z płyty „Mob Rules”, to jest taki ciężki numer, co prawda z Dio, ale płyta jest cudna i to był właśnie kierunek, wiedziałem, że to jest to coś, co będzie mi w życiu towarzyszyło. To była szósta klasa, więc zaraz zakładałem jakiś zespół, ale jeszcze nie byłem sprecyzowany na czym będę grał… ale ten początek trzeba przyjąć w ten sposób, że właśnie tak to było. A pozostałe to wtedy słuchaliśmy tej całej niemieckiej fali, zespołów ówczesnych, thtashowych typu Destruction, Kreator. Do tej pory uważam, że Kreator jest jak wino… aż coś nieprawdopodobnego, żeby po tylu latach grania oni nagrywali coraz to lepsze albumy… (dla mnie dwa ostatnie albumy „Phantom Antichrist” i „Gods of Violence” to petardy). Oprócz tego to Sodom, takie zespoły, które się wykruszyły po drodze Wehrmacht (co prawda amerykański), no ale płyta „Biermacht” jest petardą i do dzisiaj uważam ją za jedną z ważnych płyt, przynajmniej dla mnie. Deathrow, Angel Dust no i oczywiście amerykańska fala… jak już wspomniałem Exodus, oczywiście Slayer, Over Kill, Agent Steel… jeżeli chodzi o inspiracje…

Stary Metalowiec:
Wiesz, że „Politics” też uwielbiam? A to wiąże się z tym, że za jakiś czas zwrócę się do Ciebie w tej sprawie. Dasz się namówić na podobną „przeprawę” przez wspomnienia?

Skaya:
Z największą przyjemnością… ale słuchaj w takim układzie teraz ode mnie pytanie, na które odpowiem czyli sam sobie zadam pytanie, bo właśnie chciałbym, żebyś mnie zapytał „Co pamiętam, co było dla mnie ważne właśnie z tego okresu jak powstawała ta płyta i czy coś mi utkwiło w pamięci?”

Stary Metalowiec:
To jest ten moment, czas na niespodziankę, o której wspomniałem we wstępie. Otóż Tomek postanowił odpowiedzieć na moje pytania w formie audio, czyli zarejestrował głosowe odpowiedzi. Nie muszę mówić, że wypowiedzi audio nieco różnią się od tych, które przeczytaliście. Faktem też jest to, że bardzo przyjemnie się słucha, dlatego żeby nie zmarnować pracy Tomka, obaj postanowiliśmy, że obok tego wywiadu pisanego ukaże się on w wersji audio, w formie podcastu. To tam znajdziecie odpowiedź, na to ostatnie pytanie, ale wiele smaczków, których (chyba celowo) nie nanosiłem w niniejszej wersji, dlatego zachęcam do posłuchania wywiadu ze Skayą w moim pierwszym podcaście.

Na zakończenie chciałbym serdecznie podziękować Tomkowi za poświęcony mi czas… zwłaszcza w okresie nagrywania najnowszego materiału, na który czekam z niecierpliwością…

Kwiecień – Maj 2021 r.
\m/Woszczewski (FB: Stary Metalowiec)

Zgłoś nieodpowiednie treści



LOGOWANIE

Zamknij

REJESTRACJA

Zamknij
lub

Masz już konto w Szarpidrut.pl?

Zaloguj się w Szarpidrut.pl

ODZYSKIWANIE HASŁA

Zamknij
Odbierz pocztę e-mail! Wysłaliśmy tam wiadomość! Nie ma? Sprawdź folder SPAM
Nie mamy takiego adresu w bazie!

Podaj adres e-mail, którym logujesz się do serwisu - wyślemy tam link do wygenerowania nowego hasła